BSOL-interview-pl


BSOL-interview-pl

1 Pages 1-10

▲torna in alto

1.1 Page 1

▲torna in alto
Wywiad
z
Przełożonym
Generalnym, ks. Fabio Attardem
written by Redaktor strony | 28 czerwca, 2025
Udało nam się przeprowadzić ekskluzywny wywiad z Przełożonym Generalnym
Salezjanów, ks. Fabio Attardem, w którym omówiliśmy najważniejsze etapy jego
powołania oraz drogi ludzkiej i duchowej. Jego powołanie narodziło się w
oratorium i umocniło się dzięki bogatej formacji, która zaprowadziła go z Irlandii
do Tunezji, z Malty do Rzymu. W latach 2008-2020 był Radcą Generalnym ds.
Duszpasterstwa Młodzieżowego, pełniąc tę funkcję z wielokulturową wizją, którą
zdobył dzięki doświadczeniom w różnych kontekstach. Jego głównym przesłaniem
jest świętość jako fundament działalności wychowawczej salezjanów: „Chciałbym
widzieć Zgromadzenie bardziej święte” – mówi, podkreślając, że profesjonalizm
musi być zakorzeniony w tożsamości konsekrowanej.
Jaka jest historia Księdza powołania?
Urodziłem się na Gozo na Malcie 23 marca 1959 r. jako piąte z siedmiorga dzieci.
W czasie moich narodzin mój ojciec pracował jako farmaceuta w szpitalu, a matka
otworzyła mały sklep z tkaninami i krawiectwem, który z czasem rozrósł się do
małej sieci pięciu sklepów. Była bardzo pracowitą kobietą, ale działalność
pozostała rodzinna.
Uczęszczałem do lokalnych szkół podstawowych i średnich. Bardzo pięknym i
szczególnym elementem mojego dzieciństwa było to, że mój ojciec był świeckim
katechistą w oratorium, które do 1965 roku było prowadzone przez salezjanów.
Jako młody człowiek uczęszczał do tego oratorium, a następnie pozostał tam jako
jedyny świecki katechista. Kiedy zacząłem tam uczęszczać w wieku sześciu lat,
salezjanie właśnie opuścili tę placówkę. Zastąpił ich młody ksiądz (który nadal
żyje), który kontynuował działalność oratorium w tym samym duchu salezjańskim,
ponieważ sam przeżył tam okres seminarium.
Kontynuowano katechezę, codzienne błogosławieństwo eucharystyczne, piłkę
nożną, teatr, chór, wycieczki, festyny… wszystko to, co zwykle dzieje się w
oratorium. Było tam wiele dzieci i młodzieży, a ja dorastałem w tym środowisku.
Praktycznie całe moje życie toczyło się między rodziną a oratorium. Byłem
również ministrantem w mojej parafii. Po ukończeniu szkoły średniej skierowałem

1.2 Page 2

▲torna in alto
się ku kapłaństwu, ponieważ od dziecka nosiłem to pragnienie w sercu.
Dzisiaj zdaję sobie sprawę, jak bardzo wpłynął na mnie ten młody ksiądz, którego
podziwiałem: zawsze był z nami na podwórku, podczas zajęć w oratorium. Jednak
w tamtym czasie salezjanów już tam nie było. Wstąpiłem więc do seminarium,
gdzie w tamtych czasach odbywało się dwa lata przygotowań jako internista. Na
trzecim roku – który odpowiadał pierwszemu rokowi studiów filozoficznych –
poznałem przyjaciela rodziny, około 35-letniego mężczyznę, który jako dorosły
poszedł do życia zakonnego i wstąpił do salezjanów jako aspirant (dziś nadal żyje i
jest koadiutorem). Kiedy podjął tę decyzję, w moim sercu zapłonął ogień. Z
pomocą kierownika duchowego zacząłem rozeznawać powołanie.
Była to ważna, ale także wymagająca droga: miałem 19 lat, lecz ten przewodnik
duchowy pomógł mi szukać woli Bożej, a nie tylko mojej. Ostatni rok – czwarty rok
studiów filozoficznych – zamiast podążać za nim do seminarium, spędziłem jako
aspirant salezjański, kończąc wymagane dwa lata studiów filozoficznych.
W mojej rodzinie panowała silna wiara. Codziennie uczestniczyliśmy we Mszy św.,
odmawialiśmy różaniec w domu, byliśmy bardzo zżyci. Nawet dzisiaj, mimo że
nasi rodzice są już w niebie, zachowujemy tę samą jedność między braćmi i
siostrami.
Głęboko naznaczyło mnie również inne doświadczenie rodzinne, choć zdałem
sobie z tego sprawę dopiero z czasem. Mój brat, drugi w rodzinie, zmarł w wieku
25 lat z powodu niewydolności nerek. Dzisiaj, dzięki postępom medycyny, nadal
by żył dzięki dializom i przeszczepom, ale wtedy nie było takich możliwości. Byłem
przy nim przez ostatnie trzy lata jego życia: dzieliliśmy ten sam pokój i często
pomagałem mu w nocy. Był spokojnym, wesołym młodym człowiekiem, który
swoją kruchość przeżywał z niezwykłą radością.
Miałem 16 lat, kiedy zmarł. Minęło pięćdziesiąt lat, ale kiedy wspominam tamten
czas i codzienne doświadczenie bliskości, składające się z drobnych gestów, zdaję
sobie sprawę, jak bardzo wpłynęło to na moje życie.
Urodziłem się w rodzinie, w której panowała wiara, poczucie obowiązku i wspólna
odpowiedzialność. Moi rodzice są dla mnie niezwykłym przykładem: z wielką
wiarą i spokojem znosili krzyż, nigdy nie obciążając nikogo, a jednocześnie
potrafili przekazać radość życia rodzinnego. Mogę powiedzieć, że miałem bardzo
piękne dzieciństwo. Nie byliśmy bogaci ani biedni, ale zawsze skromni i dyskretni.

1.3 Page 3

▲torna in alto
Nauczono nas pracować, dobrze gospodarować zasobami, nie marnować, żyć z
godnością, elegancją, a przede wszystkim z troską o biednych i chorych.
Jak zareagowała Księdza rodzina, kiedy podjął Ksiądz decyzję o
poświęceniu się życiu zakonnemu?
Nadszedł moment, w którym wraz z moim kierownikiem duchowym ustaliliśmy, że
moja droga prowadzi do salezjanów. Musiałem również poinformować o tym
moich rodziców. Pamiętam, że był to spokojny wieczór, jedliśmy razem, tylko we
trójkę. W pewnym momencie powiedziałem: „Chcę wam coś powiedzieć:
rozeznałem i postanowiłem wstąpić do salezjanów”.
Mój ojciec był bardzo szczęśliwy. Odpowiedział natychmiast: „Niech Pan ci
błogosławi”. Moja mama natomiast zaczęła płakać, tak jak to robią wszystkie
mamy. Zapytała mnie: „Więc odchodzisz?”. Ale mój ojciec interweniował łagodnie
i stanowczo: „Niezależnie od tego, czy odejdzie, czy nie, to jest jego droga”.
Pobłogosławili mnie i dodali otuchy. To chwile, które pozostają w pamięci na
zawsze.
Szczególnie pamiętam to, co wydarzyło się pod koniec życia moich rodziców. Mój
ojciec zmarł w 1997 roku, a sześć miesięcy później u mojej matki wykryto
nieuleczalnego raka.
W tym czasie przełożeni poprosili mnie, abym został wykładowcą na Papieskim
Uniwersytecie Salezjańskim (UPS), ale nie wiedziałem, jaką decyzję podjąć. Moja
mama nie czuła się dobrze, była już bliska śmierci. Rozmawiając z moimi braćmi,
powiedzieli mi: „Rób to, o co proszą cię przełożeni”.
Byłem w domu i porozmawiałem z nią: „Mamo, przełożeni proszą mnie, abym
wyjechał do Rzymu”.
Ona, z jasnością umysłu prawdziwej matki, odpowiedziała: „Posłuchaj, synu,
gdyby to zależało ode mnie, poprosiłabym cię, żebyś został tutaj, ponieważ nie
mam nikogo innego i nie chciałabym być ciężarem dla twoich braci. Ale…” – i tu
wypowiedziała zdanie, które noszę w sercu – „Nie należysz do mnie, należysz do
Boga. Rób to, co mówią ci przełożeni”.
To zdanie, wypowiedziane rok przed jej śmiercią, jest dla mnie skarbem, cennym
dziedzictwem. Moja mama była inteligentną, mądrą i przenikliwą kobietą:

1.4 Page 4

▲torna in alto
wiedziała, że choroba doprowadzi ją do końca, ale w tym momencie potrafiła być
wewnętrznie wolna. Wolna, by wypowiedzieć słowa, które po raz kolejny
potwierdziły dar, jaki sama ofiarowała Bogu: oddanie syna życiu
konsekrowanemu.
Reakcja mojej rodziny, od początku do końca, zawsze była naznaczona głębokim
szacunkiem i ogromnym wsparciem. Nawet dzisiaj moi bracia i siostry nadal
podtrzymują tego ducha.
Jaka była Księdza droga formacyjna od nowicjatu do dzisiaj?
Była to bardzo bogata i różnorodna droga. Rozpoczęłam prenowicjat na Malcie, a
następnie nowicjat w Dublinie w Irlandii. To było naprawdę piękne doświadczenie.
Po nowicjacie moi towarzysze przenieśli się do Maynooth, aby studiować filozofię
na uniwersytecie, ale ja już wcześniej ukończyłem studia. Dlatego przełożeni
poprosili mnie, abym pozostał w nowicjacie przez kolejny rok, gdzie uczyłem
języka włoskiego i łaciny. Następnie wróciłem na Maltę, aby odbyć dwuletnią
asystencję, która była piękna i ubogacająca.
Następnie wysłano mnie do Rzymu, aby studiować teologię na Papieskim
Uniwersytecie Salezjańskim, gdzie spędziłem trzy niezwykłe lata. Te lata bardzo
otworzyły mi umysł. Mieszkaliśmy w akademiku z czterdziestoma braćmi z
dwudziestu różnych krajów: Azji, Europy, Ameryki Łacińskiej… Nawet kadra
nauczycielska była międzynarodowa. Była to połowa lat 80., około dwadzieścia lat
po Soborze Watykańskim II, i nadal panowała atmosfera wielkiego entuzjazmu:
toczyły się ożywione dyskusje teologiczne, pojawiła się teologia wyzwolenia,
zainteresowanie metodą i praktyką. Studia te nauczyły mnie postrzegać wiarę nie
tylko jako treść intelektualną, ale jako wybór życia.
Po tych trzech latach kontynuowałem studia specjalizacyjne z teologii moralnej w
Akademii Alfonsiańskiej u ojców redemptorystów. Tam również spotkałem
znaczące postaci, takie jak słynny Bernhard Häring, z którym nawiązałem osobistą
przyjaźń i regularnie co miesiąc chodziłem do niego na rozmowy. W sumie było to
pięć lat – między licencjatem a dyplomem – które głęboko ukształtowały mnie pod
względem teologicznym.
Następnie zgłosiłem się na misje, a przełożeni wysłali mnie wraz z innym
salezjaninem do Tunezji, aby przywrócić obecność salezjanów w tym kraju.

1.5 Page 5

▲torna in alto
Przejęliśmy szkołę prowadzoną przez zgromadzenie sióstr, które z powodu braku
powołań miało zostać zamknięte. Była to szkoła z 700 uczniami, więc musieliśmy
nauczyć się francuskiego, a także arabskiego. Aby się przygotować, spędziliśmy
kilka miesięcy w Lyonie we Francji, a następnie poświęciliśmy się nauce
arabskiego.
Zostałem tam trzy lata. Było to kolejne wielkie doświadczenie, ponieważ
znaleźliśmy się w sytuacji, w której nie można było otwarcie mówić o Jezusie, a
jednocześnie żyliśmy wiarą i charyzmatem salezjańskim. Można było jednak
budować ścieżki edukacyjne oparte na wartościach ludzkich: szacunku, gotowości
do pomocy, prawdzie. Nasze świadectwo było ciche, ale wymowne. W tym
środowisku poznałem i pokochałem świat muzułmański. Wszyscy – uczniowie,
nauczyciele i rodziny – byli muzułmanami i przyjęli nas bardzo serdecznie.
Sprawili, że poczuliśmy się częścią ich rodziny. Wielokrotnie wracałem do Tunezji
i zawsze spotykałem się z takim samym szacunkiem i uznaniem, niezależnie od
naszej przynależności religijnej.
Po tym doświadczeniu wróciłem na Maltę i przez pięć lat pracowałem na polu
pomocy społecznej. W szczególności w domu salezjańskim, który przyjmuje
młodzież potrzebującą bardziej uważnej opieki wychowawczej, również w formie
pobytu stacjonarnego.
Po ośmiu latach pracy duszpasterskiej (w Tunezji i na Malcie) zaproponowano mi
możliwość ukończenia doktoratu. Zdecydowałem się wrócić do Irlandii, ponieważ
temat był związany z sumieniem według myśli kardynała Johna Henry’ego
Newmana, dziś świętego. Po ukończeniu doktoratu ówczesny przełożony
generalny, ks. Juan Edmundo Vecchi – niech spoczywa w pokoju – poprosił mnie,
abym został wykładowcą teologii moralnej na Papieskim Uniwersytecie
Salezjańskim.
Patrząc na całą moją drogę, od aspiranta do doktoratu, mogę powiedzieć, że było
to połączenie nie tylko treści, ale także bardzo różnych kontekstów kulturowych.
Dziękuję Panu i Zgromadzeniu, ponieważ dali mi możliwość przeżycia tak
różnorodnej i bogatej formacji.
Zna więc Ksiądz język maltański, ponieważ jest to język ojczysty, angielski,
ponieważ jest to drugi język na Malcie, łacinę, ponieważ nauczył się jej,
włoski, ponieważ studiował we Włoszech, francuski i arabski, ponieważ

1.6 Page 6

▲torna in alto
przebywał w Manouba w Tunezji… Ile języków Ksiądz zna?
Pięć, sześć języków, mniej więcej. Jednak kiedy pytają mnie o języki, zawsze
odpowiadam, że to raczej zbieg okoliczności historycznych.
Na Malcie dorastamy już z dwoma językami: maltańskim i angielskim, a w szkole
uczymy się trzeciego języka. W moich czasach nauczano również języka
włoskiego. Ponieważ miałem naturalne zdolności językowe, wybrałem również
łacinę. Później, kiedy wyjechałem do Tunezji, musiałem nauczyć się francuskiego,
a także arabskiego.
W Rzymie, mieszkając z wieloma studentami języka hiszpańskiego, ucho
przyzwyczaiło się do tego języka, a kiedy zostałem wybrany Radcą ds.
Duszpasterstwa Młodzieży, pogłębiłem nieco swoją znajomość hiszpańskiego,
który jest bardzo pięknym językiem.
Wszystkie języki są piękne. Oczywiście, nauka wymaga zaangażowania,
studiowania i ćwiczeń. Niektórzy mają do tego większy talent, inni mniej: to
kwestia osobistych predyspozycji. Nie jest to jednak ani zasługa, ani wina. To po
prostu dar, naturalna predyspozycja.
W latach 2008-2020 pełnił Ksiądz przez dwie kadencje funkcję Radcy
Generalnego ds. Duszpasterstwa Młodzieży. Jak pomogło Księdzu to
doświadczenie?
Kiedy Bóg powierza nam misję, zabieramy ze sobą cały bagaż doświadczeń, które
zgromadziliśmy przez lata.
Żyjąc w różnych kontekstach kulturowych, nie narażałem się na ryzyko
postrzegania wszystkiego przez pryzmat jednej kultury. Jestem Europejczykiem,
pochodzę z regionu Morza Śródziemnego, z kraju, który był kolonią angielską, ale
miałem szczęście żyć w międzynarodowych, wielokulturowych społecznościach.
Bardzo pomogły mi również lata studiów w UPS. Mieliśmy profesorów, którzy nie
ograniczali się do przekazywania treści, ale uczyli nas syntezy, budowania
metody. Na przykład, studiując historię Kościoła, rozumieliśmy, jak istotna jest dla
zrozumienia patrystyka. Zajmując się teologią biblijną, uczyliśmy się łączyć ją z
teologią sakramentalną, moralnością, historią duchowości. Krótko mówiąc,
nauczono nas myśleć w sposób organiczny.

1.7 Page 7

▲torna in alto
Ta umiejętność syntezy, ta architektura myślenia staje się następnie częścią
twojej osobistej formacji. Kiedy studiujesz teologię, uczysz się rozpoznawać
punkty odniesienia i łączyć je ze sobą. To samo dotyczy propozycji
duszpasterskich, pedagogicznych czy filozoficznych. Kiedy spotykasz ludzi o
wielkiej głębi, przyswajasz nie tylko to, co mówią, ale także to, jak to mówią, a to
kształtuje twój styl.
Kolejnym ważnym elementem jest to, że w momencie wyboru miałem już
doświadczenie w środowiskach misyjnych, gdzie religia katolicka była praktycznie
nieobecna, i pracowałem z osobami marginalizowanymi i wrażliwymi. Zdobyłem
również pewne doświadczenie w środowisku akademickim, a jednocześnie bardzo
poświęciłem się towarzyszeniu duchowemu.
Ponadto w latach 2005-2008 – tuż po doświadczeniu w UPS – archidiecezja
maltańska poprosiła mnie o założenie Instytutu Formacji Duszpasterskiej, w
następstwie synodu diecezjalnego, który uznał taką potrzebę. Arcybiskup
powierzył mi zadanie rozpoczęcia działalności od zera. Pierwszą rzeczą, jaką
zrobiłem, było stworzenie zespołu złożonego z księży, zakonników, świeckich –
mężczyzn i kobiet. Stworzyliśmy nową metodę formacji, która jest stosowana do
dziś. Instytut nadal działa bardzo dobrze, a to doświadczenie było w pewnym
sensie cennym przygotowaniem do pracy, którą później wykonywałem w
duszpasterstwie młodzieży.
Od samego początku wierzyłem w pracę zespołową i współpracę z osobami
świeckimi. Moje pierwsze doświadczenie jako dyrektora było właśnie w tym stylu:
stały zespół wychowawczy, dziś nazwalibyśmy to CEP (Comunità Educativo-
Pastorale – Wspólnota Wychowawczo-Duszpasterska), spotykający się regularnie,
a nie okazjonalnie. Co tydzień spotykaliśmy się z wychowawcami i specjalistami.
To podejście, które z czasem stało się metodą, pozostało dla mnie punktem
odniesienia.
Do tego dochodzi jeszcze doświadczenie akademickie: sześć lat jako wykładowca
na Papieskim Uniwersytecie Salezjańskim, gdzie przybywali studenci z ponad stu
krajów, a następnie jako egzaminator i promotor prac doktorskich w Akademii
Alfonsiańskiej.
Wierzę, że wszystko to przygotowało mnie do podjęcia tej odpowiedzialności z
jasnością umysłu i wizją.

1.8 Page 8

▲torna in alto
Tak więc, kiedy Zgromadzenie podczas Kapituły Generalnej w 2008 roku
poprosiło mnie o objęcie tego stanowiska, miałem już szerokie, wielokulturowe
spojrzenie. Pomogło mi to, ponieważ łączenie różnorodności nie było dla mnie
trudne: było to dla mnie czymś normalnym. Oczywiście nie chodziło po prostu o
stworzenie „sałatki” z różnych doświadczeń: trzeba było znaleźć wspólne wątki,
nadać spójność i jedność.
To, czego doświadczyłem jako Radca Generalny, nie było moją zasługą. Uważam,
że każdy salezjanin, gdyby miał takie same możliwości i wsparcie Zgromadzenia,
mógłby przeżyć podobne doświadczenia i hojnie wnieść swój wkład.
Czy jest jakaś modlitwa, jakieś słówko, których nigdy nie może zabraknąć?
Nabożeństwo do Maryi. W domu wychowaliśmy się na codziennym odmawianiu
różańca w rodzinie. Nie był to obowiązek, ale coś naturalnego: robiliśmy to przed
posiłkami, ponieważ zawsze jedliśmy razem. Wtedy było to możliwe. Dzisiaj może
mniej, ale wtedy tak się żyło: rodzina zebrana razem, wspólna modlitwa, wspólny
posiłek.
Na początku może nie zdawałem sobie sprawy, jak głęboka była ta pobożność
maryjna. Ale z upływem lat, kiedy zaczyna się odróżniać to, co istotne, od tego, co
drugorzędne, zrozumiałem, jak bardzo ta matczyna obecność towarzyszyła mi w
życiu.
Cześć dla Maryi wyraża się na różne sposoby: codzienny różaniec, kiedy to
możliwe; chwila zatrzymania się przed obrazem lub figurą Matki Bożej; prosta
modlitwa, ale płynąca z serca. Są to gesty, które towarzyszą drodze wiary.
Oczywiście są pewne stałe punkty: codzienna Eucharystia i codzienna medytacja.
Są to filary, które nie podlegają dyskusji, po prostu się je przeżywa. Nie tylko
dlatego, że jesteśmy konsekrowani, ale dlatego, że jesteśmy wierzący. A wiarę
można żyć tylko ją pielęgnując.
Kiedy ją pielęgnujemy, wzrasta w nas. I tylko wtedy, gdy wzrasta w nas, możemy
pomóc, aby wzrastała również w innych. Dla nas, wychowawców, jest to
oczywiste: jeśli nasza wiara nie przekłada się na konkretne życie, wszystko inne
staje się fasadą.
Te praktyki – modlitwa, medytacja, oddanie – nie są zarezerwowane dla świętych.

1.9 Page 9

▲torna in alto
Są wyrazem uczciwości. Jeśli dokonałem wyboru wiary, mam również obowiązek
ją pielęgnować. W przeciwnym razie wszystko sprowadza się do czegoś
zewnętrznego, pozornego. A to z czasem nie wytrzymuje próby czasu.
Gdyby mógł Ksiądz cofnąć czas, dokonałby tych samych wyborów?
Absolutnie tak. W moim życiu były bardzo trudne chwile, jak u każdego. Nie chcę
uchodzić za „ofiarę losu”. Uważam, że każdy człowiek, aby dorosnąć, musi przejść
przez fazy ciemności, chwile rozpaczy, samotności, poczucia zdrady lub
niesprawiedliwego oskarżenia. Ja przeżyłem takie chwile. Ale miałem łaskę mieć u
boku kierownika duchowego.
Kiedy przechodzi się przez takie trudności w towarzystwie kogoś bliskiego, można
wyczuć, że wszystko, na co pozwala Bóg, ma sens, ma cel. A kiedy wychodzi się z
tego „tunelu”, odkrywa się, że jest się innym, bardziej dojrzałym człowiekiem. To
tak, jakbyśmy dzięki tej próbie zostali przemienieni.
Gdybym pozostał sam, ryzykowałbym podjęcie złych decyzji, bez wizji, zaślepiony
trudnością chwili. Kiedy jest się zły, kiedy czuje się samotność, nie jest to czas na
podejmowanie decyzji. Jest to czas, aby iść naprzód, prosić o pomoc, pozwolić się
towarzyszyć.
Przechodzenie przez pewne etapy z pomocą kogoś innego jest jak ciasto włożone
do piekarnika: ogień je piecze, sprawia, że dojrzewa.
Dlatego na pytanie, czy zmieniłbym coś, odpowiadam: nie. Ponieważ nawet
najtrudniejsze chwile, nawet te, których nie rozumiałem, pomogły mi stać się
osobą, którą jestem dzisiaj.
Czy czuję się osobą doskonałą? Nie. Ale czuję, że jestem na drodze, każdego dnia,
starając się żyć przed obliczem miłosierdzia i dobroci Boga.
A dzisiaj, udzielając tego wywiadu, mogę szczerze powiedzieć, że czuję się
szczęśliwy. Być może nie do końca rozumiem jeszcze, co oznacza bycie
Przełożonym Generalnym – to wymaga czasu – ale wiem, że jest to misja, a nie
spacer. Wiąże się to z trudnościami. Czuję jednak, że jestem kochany i szanowany
przez moich współpracowników i całe Zgromadzenie.
Wszystko, czym jestem dzisiaj, zawdzięczam temu, czego doświadczyłem, nawet w
najtrudniejszych momentach. Nie zmieniłbym ich. Ukształtowały mnie one.

1.10 Page 10

▲torna in alto
Czy ma Ksiądz jakiś projekt, który jest Księdzu szczególnie bliski?
Tak. Kiedy zamykam oczy i wyobrażam sobie coś, czego naprawdę pragnę,
chciałbym zobaczyć bardziej święte Zgromadzenie. Bardziej święte. Bardziej
święte.
Głęboko zainspirował mnie pierwszy list księdza Pascuala Cháveza z 2002 roku,
zatytułowany „Bądźcie świętymi”. Ten list poruszył mnie do głębi, pozostawił ślad.
Projektów jest wiele, wszystkie są wartościowe, dobrze skonstruowane, mają
szerokie i głębokie wizje. Ale jaką mają wartość, jeśli są realizowane przez ludzi,
którzy nie są święci? Możemy wykonywać doskonałą pracę, możemy być doceniani
– co samo w sobie nie jest złe – ale nie pracujemy dla sukcesu. Naszym punktem
wyjścia jest tożsamość: jesteśmy osobami konsekrowanymi.
To, co proponujemy, ma sens tylko wtedy, gdy wynika z tego punktu wyjścia.
Oczywiście pragniemy, aby nasze projekty odniosły sukces, ale jeszcze bardziej
pragniemy, aby przynosiły łaskę, aby poruszały ludzi w głębi serca. Nie wystarczy
być wydajnym. Musimy być skuteczni w najgłębszym tego słowa znaczeniu:
skuteczni w świadectwie, w tożsamości, w wierze.
Wydajność może istnieć również bez odniesienia do religii. Możemy być
doskonałymi profesjonalistami, ale to nie wystarczy. Nasze poświęcenie nie jest
szczegółem: jest fundamentem. Jeśli staje się marginalne, jeśli odkładamy je na
bok, aby zrobić miejsce dla wydajności, tracimy naszą tożsamość.
A ludzie nas obserwują. W szkołach salezjańskich uznaje się, że wyniki są dobre –
i to dobrze. Ale czy uznają nas również za ludzi Boga? Oto jest pytanie.
Jeśli postrzegają nas tylko jako dobrych profesjonalistów, to jesteśmy tylko
wydajni. Ale nasze życie musi karmić się Nim – Drogą, Prawdą i Życiem – a nie
tym, co „myślę”, „chcę” lub „wydaje mi się”.
Dlatego zamiast mówić o moim osobistym projekcie, wolę mówić o głębokim
pragnieniu: zostać świętym. I mówić o tym konkretnie, nie idealizując.
Kiedy Ksiądz Bosko mówił swoim chłopcom o nauce, zdrowiu i świętości, nie miał
na myśli świętości polegającej wyłącznie na modlitwie w kaplicy. Myślał o
świętości przeżywanej w relacji z Bogiem i karmiącej się relacją z Bogiem.
Świętość chrześcijańska jest odbiciem tej żywej, codziennej relacji.

2 Pages 11-20

▲torna in alto

2.1 Page 11

▲torna in alto
Jakiej rady udzieliłby Ksiądz młodemu człowiekowi, który zastanawia się
nad powołaniem?
Powiedziałbym mu, żeby krok po kroku odkrywał, jaki jest plan Boga wobec niego.
Droga powołaniowa nie jest pytaniem, które zadajemy, czekając na gotową
odpowiedź ze strony Kościoła. Jest to pielgrzymka. Kiedy ktoś mówi mi: „Nie
wiem, czy zostać salezjaninem”, staram się odciągnąć go od takiego
sformułowania. Nie chodzi bowiem po prostu o podjęcie decyzji: „Zostanę
salezjaninem”. Powołanie nie jest opcją w odniesieniu do „czegoś”.
Również w moim własnym doświadczeniu, kiedy powiedziałem mojemu
kierownikowi duchowemu: „Chcę zostać salezjaninem, muszę nim być”, on bardzo
spokojnie skłonił mnie do refleksji: „Czy to naprawdę wola Boża? A może to tylko
twoje pragnienie?”
I to jest słuszne, że młody człowiek szuka tego, czego pragnie, to jest zdrowe. Ale
ten, kto towarzyszy, ma za zadanie wychowywać to poszukiwanie, przekształcać je
z początkowego entuzjazmu w drogę dojrzewania wewnętrznego.
„Chcesz czynić dobro? Dobrze. Poznaj więc siebie, uznaj, że jesteś kochany przez
Boga”.
Tylko z tej głębokiej relacji z Bogiem może wyłonić się prawdziwe pytanie: „Jaki
jest plan Boga wobec mnie?”.
Bo to, czego pragnę dzisiaj, jutro może mi już nie wystarczyć. Jeśli powołanie
sprowadza się do tego, co „mi się podoba”, będzie czymś kruchym. Powołanie jest
natomiast wewnętrznym głosem, który wzywa, prosi o dialog z Bogiem i o
odpowiedź.
Kiedy młody człowiek dociera do tego punktu, kiedy towarzyszy mu ktoś, kto
pomaga mu odkryć tę wewnętrzną przestrzeń, w której mieszka Bóg, wtedy
naprawdę zaczyna iść.
Dlatego osoba towarzysząca musi być bardzo uważna, głęboka, cierpliwa. Nigdy
powierzchowna.
Ewangelia o uczniach z Emaus jest doskonałym obrazem: Jezus podchodzi do
dwóch uczniów, słucha ich, choć wie, że mówią chaotycznie. Potem, po

2.2 Page 12

▲torna in alto
wysłuchaniu ich, zaczyna mówić. A oni w końcu zapraszają Go: „Zostań z nami, bo
robi się ciemno”.
I rozpoznają Go w geście łamania chleba. Potem mówią do siebie: „Czyż nasze
serca nie pałały w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze?”.
Dzisiaj wielu młodych ludzi poszukuje. Naszym zadaniem jako wychowawców jest
nie spieszyć się. Ale pomagać im, spokojnie i stopniowo, odkrywać wielkość, która
już jest w ich sercach. Ponieważ tam, w tej głębi, spotykają Chrystusa. Jak mówi
św. Augustyn: „Ty byłeś we mnie, a ja na zewnątrz. I tam Cię szukałem”.
Czy ma Ksiądz jakieś przesłanie dla Rodziny Salezjańskiej?
To samo przesłanie, które przekazałem w ostatnich dniach podczas spotkania
Konsulty Rodziny Salezjańskiej: Wiara. Coraz głębsze zakorzenienie w osobie
Chrystusa.
Z tego zakorzenienia rodzi się autentyczna wiedza o Księdzu Bosko. Pierwsi
salezjanie, kiedy chcieli napisać książkę o prawdziwym Księdzu Bosko, nie
zatytułowali jej „Ksiądz Bosko apostoł młodzieży”, ale „Ksiądz Bosko z Bogiem” –
tekst napisany przez Księdza Eugeniusza Cerię w 1929 roku.
To daje nam do myślenia. Dlaczego oni, którzy widzieli go codziennie w akcji, nie
postanowili podkreślić niestrudzonego Księdza Bosko, organizatora,
wychowawcy? Nie, chcieli opowiedzieć o Księdzu Bosko głęboko zjednoczonym z
Bogiem.
Ci, którzy dobrze go znali, nie zatrzymali się na pozorach, ale dotarli do sedna:
Ksiądz Bosko był człowiekiem zanurzonym w Bogu.
Do Rodziny Salezjańskiej mówię: otrzymaliśmy skarb. Ogromny dar. Ale każdy dar
wiąże się z odpowiedzialnością.
W moim przemówieniu końcowym powiedziałem: „Nie wystarczy kochać
Księdza Bosko, trzeba go poznać”.
A naprawdę możemy go poznać tylko wtedy, gdy jesteśmy ludźmi wiary.
Musimy patrzeć na niego oczami wiary. Tylko w ten sposób możemy spotkać
wierzącego, jakim był Ksiądz Bosko, w którym działał z mocą Duch Święty: z

2.3 Page 13

▲torna in alto
dýnamis, z cháris, z charyzmą, z łaską.
Nie możemy ograniczać się do powtarzania niektórych jego maksym lub
opowiadania o jego cudach. Ponieważ ryzykujemy, że zatrzymamy się na
anegdotach o Księdzu Bosko, zamiast zatrzymać się na historii Księdza Bosko,
ponieważ Ksiądz Bosko jest większy niż Ksiądz Bosko.
Oznacza to studiowanie, refleksję, głębię. Oznacza unikanie wszelkiej
powierzchowności.
Wtedy będziemy mogli z prawdziwą pewnością powiedzieć: „To jest moja wiara,
to jest mój charyzmat: zakorzenienie w Chrystusie, podążanie śladami
Księdza Bosko”.